Metodos para ganar dinero en la ruleta.

  1. Kasyno Konstancin: De acuerdo con la cantidad de jugadores que la buscan, Golden Gladiator no es una tragamonedas muy popular.
  2. Slot Mines 1win By Elk Studios Demo Free Play - Necesitas una isla privada, obviamente.
  3. Automat Do Gier Larry The Leprechaun Gra Za Darmo Bez Rejestracji: Lea más sobre la segunda parte de la serie de tragamonedas Quest for Immortality, sobre el Partenón y su papel en la ciudad de Atenas.

Dados talavera dela reina.

Slot Pyramid King By Pragmatic Play Demo Free Play
Ahora sabes qué es una apuesta de patente permanente incluso en diferentes deportes.
Fortune St Casino Casino Bonus Bez Depozytu 2025
Jugar con dinero real tiene muchas ventajas y ofrece la oportunidad de vivir experiencias realmente emocionantes.
El juego de tragamonedas solo uno tiene la parte superior, pero tiene algunas características especiales, que paga menos como para ser más generoso y confiable.

Juego de casino gratis con bonus.

Redgenn Casino Slots Free Spins
Dash tiene más de quinientos títulos bajo su techo, que se dividen en varias categorías que satisfacen las diferentes necesidades de los jugadores.
Slotwolf Casino Bonus Za Rejestracje
Estos sitios también permiten a los jugadores que se pueden jugar títulos de juegos con dinero real.
Pan Kasyno Bonus Za Rejestracje

literatura faktu,  literatura piękna,  varia okołoliteracka

Kamień podróżny

W ciemności samemu źle. I strasznie. Dobre tylko to, że nikt mnie tu nie dojrzy. Ani mama, ani tato, ani… nikt! I już! Ja też niczego nie widzę. Prawie jak babcia ze swoja kataraktą. Za to słyszę wszystko. Nawet burczenie w brzuchu. Ono takie głośne, bo okropnie czarno dookoła, i trochę się boję, choć wiem którędy do światła. No, że ciemno, to akurat fajnie. Dobre miejsce na kryjówkę. Pudełko z hitlerami mam za pazuchą. Niewygodnie z nimi siedzieć. Muszę uważać, żeby się nie wysypały. Rano się w nich wytarzałem za to, że o mało mnie nie udusiły. Wysypały się pocztowej szafy wprost na głowę, a potem dopiero na podłogę. Całe mnóstwo. Mam już parę szkopskich znaczków w piórniku, więc jakieś tam hitlery, to dla mnie nie pierwszyzna, ale tylu naraz, w dodatku na sobie, jeszcze nie widziałem. Udało mi się z nich oswobodzić. Do obiadu kulałem się w hitlerach, grzebałem w nich i układałem wedle kolorów. Najwięcej było brązowych z czarnym wąsikiem i wyłupiastymi, jak mówi babcia, ślepiami. Prawie całą podłogę pokryły. Potem znalazłem pudełko i nawrzucałem z każdego koloru po trochu, do kompletu. Wtedy naszedł mnie tato. Strasznie nakrzyczał, że szperam po archiwum i otwieram pocztowe szafy, ale jak zobaczył takie mnóstwo hitlerów, złapał się za głowę i postanowił, że będziemy ich palić. W ogródku.

— Wszystkich? — Przestraszyłem się.

— Co do jednego fryca! — wrzasnął i kazał mi zejść na obiad. Udawałem, że szukam zapodzianej sznurówki od buta, a jak tatko wyszedł, zamknąłem do pudelka swoich hitlerów i ukryłem pod szafą. Pod tą największą, z czarno-złotym orłem i trąbką na drzwiach.

Zbyszek vel Zbyczek (rocznik 1944) miał niecały rok, kiedy z Monasterzysk, miejscowości na wschodnich rubieżach byłej II RP, jego rodzina (babcia, rodzice i rodzeństwo) trafiła na Dolny Śląsk, ziemie, wbrew ówczesnej propagandzie, raczej Niemcom odebrane niż na nich odzyskane. Tę podróż w bydlęcych wagonach od domu dziadka Hilarego po Niedźwiednią i dom starego Niemca Herbsta mały Zbyczek przypłacił niemal życiem. Ale przeżył. I miał takie przygody, jakie tylko mogło mu wyznaczyć miasteczko zdrojowe (bo Kosiorowscy po kilku latach przeprowadzili się do Długopola), nietuzinkowi koledzy o niejednoznacznej narodowości, ukochana babcia z kataraktą w oczach, która wciąż trzymała ziemię z Monasterzysk i tobołek na wypadek wojny, w którym zalęgły się mole, ojciec naczelnik poczty, delikatna mama, trójka rodzeństwa i sąsiedztw rzeki.

Budynek poczty, fot. NS

I jeszcze to otoczenie swojsko-obce. Opuszczony kościół ewangelicki z  powybijanymi witrażami i duchami, w którym można założyć bazę. XIX-wieczny budynek poczty i skarby ukryte na strychu. I wielki kamień (ten tytułowy) w środku Nysy, który służy bohaterowi za przystań, tratwę i przyjaciela. I wielka sosna po drugiej stronie rzeki, która pamięta więcej niż mogłoby się wydawać. I tunel kolejowy, w którym można było schować ocalone z pożogi hitlerki.

Były kościół ewangelicki, fot. NS

Najstarsza sosna w okolicy, fot. NS

I ludzie. Tajemniczy kuracjusze przechadzający się po alejkach parku zdrojowego, artyści zapraszani do galerii, niespodziewani goście, mieszkańcy sprzed lat, ksiądz Karol (Wojtyła?) z Krakowa, ekipy filmowe, Marek Hłasko na planie „Bazy ludzi umarłych”, koledzy z sanatorium… Cała plejada postaci nietuzinkowych, ale jakby bliskich czytelnikowi dzięki pierwszoosobowej narracji. Narrator-bohater jest przewodnikiem po tym świecie, ale nie z perspektywy wspomnień dorosłego człowieka. Dorasta za to w czasie właściwym dla rozwoju wydarzeń i w swej bujnej wyobraźni kształtowanej przez lektury, wiedzie życie pełne przygód i niebezpieczeństw. 

Wybrałem dziś dla kamienia krótki kurs na północny zachód. Do przepłynięcia nawet i dla takiego grubasa; nie zmęczy się. Z trzysta metrów, co, licząc po marynarsku, daje ze dwa kable i trochę. Pożeglujemy tam, gdzie się uczyłem trochę o morzu i żeglowaniu. Bo to wszystko z książek. Dorobiłem mu ster z rozbitego krzesła, żeby nie wyprowadził mnie na manowce. (…) Pożyczę i na głos przeczytam mu taką małą książeczkę o żeglowaniu, chyba pana Wysockiego. W końcu musimy zacząć współpracować. Bibliotekę stąd widać, chociaż mglisto. To znaczy wiem, jak do niej trafić. Ma czerwony ostry dach, dwa kominy i mostek kapitański. Z jednego komina już dymi, pod drugim palacz jeszcze nie rozpalił kotłów. Dziobem zwrócona do rzeki, co może się skończyć kolizją. Jeśli za sterem stoi pani bibliotekarka, która nawet tej książeczki o żeglowaniu nie przejrzała, może być różnie. Jej transatlantyk wymaga uważnego prowadzenia. Chyba że wyjmie z półki Kapitana Nemo, albo piętnastoletniego kapitana i odda im ster. Nie ma co ryzykować, jeśli my dalej płynąć razem. Burta w burtę.

Dziwny to rynek wydawniczy, który takim perełkom pozwala przejść niezauważenie. Tak bardzo niezauważenie, że aż nawet bez strony na Lubimy Czytać, którą musiałam dodać sama, trzy lata po premierze… A jest tu wszystko, czego od dobrej literatury powinno się oczekiwać. I zajmująca fabuła, i garść humoru, i pełno małych i wielkich wzruszeń. I jeszcze język, który zamyka całą tę treść w ramy, których urok jest jest niezaprzeczalny. Świat powojenny oczami dziecka, później nastolatka to rzecz niemal niespotykana, a ukazująca taką perspektywę świadka, jaką chyba nieustannie powinno się mieć przed oczami, jeśli chcemy myśleć o tej części historii Polski.

Dworzec kolejowy, fot. NS

I tu nasuwa się kolejna zaleta „Kamienia podróżnego” — Kosiorowski w najlepszy z możliwych sposobów pokazuje, jak historia splata się z mikrohistorią, jak losy jednej rodziny mogą pokazywać historyczny problem — tu: przesiedleń, rozliczeń z przeszłością, traktowania przez Polaków Ziem Odzyskanych, represji, organizacji władzy komunistów. Perspektywa dziecka zmienia te wszystkie podręcznikowe podrozdziały w żywy obraz dorastania w ciekawych czasach, tych z chińskiego przysłowia. Przesiedleńcy czy pozostali na Ziemiach Odzyskanych Niemcy przestają być liczbami, przestają być bezkształtną masą, a stają się świadectwem jednostkowego i kolektywnego cierpienia, które ma kształt, zapach i całą gamę barw. W oczach dziecka nic nie jest podręcznikowe, nic nie jest czarno-białe. Dziecko uczy się świata i dostaje bardzo wiele danych, które musi przetworzyć.

To też idealna książka do tak przecież wdzięcznych mikropodróży. W Długopolu nadal to wszystko jest — i dworzec zwieńczony tunelem, i poczta, i budynek biblioteki, i kościół, nawet wielki świerk, którego konar narrator obejmował razem z trzema kolegami. A gdyby się dobrze przyjrzeć, kto wie, może można jeszcze dostrzec tytułowy kamień? Pomyślnych wiatrów!

Tunel kolejowy na dworcu, fot. NS

PS. W domu autora, poniemieckiej poczcie, mieści się dziś Kot Pocztowy, z gościnnymi (i pięknie urządzonymi!) pokojami, a w ewangelickim kościele — kawiarnia Horus.

Zbigniew Kosiorowski

Wydawnictwo Forma

Liczba stron: 290

Szczecin, Brzeszcze 2016

Ocena: 5/6

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *