Juegos gratis dados.

  1. Darmowe Spiny Cupid Bez Depozytu: Los juegos temáticos siempre encabezan la lista de los más populares y lo mismo ocurre con este, especialmente si eres parte de una comunidad de fanáticos de la aventura.
  2. Polskie Kasyno Online Cepbank - Un cambio en sus requisitos significa que los sitios de bingo también deben cambiar para satisfacer las necesidades de sus clientes.
  3. Slot Rich Wilde And The Amulet Of Dead By Playn Go Demo Free Play: Hay una gran variedad de apuestas disponibles, que deberían adaptarse a todas las billeteras.

Poker cartas jugar.

Najnizsza Wygrana W Keno
Independientemente de cuál de los dos bonos seleccione, antes de que se le permita retirar el bono, el depósito vinculado al bono o cualquier ganancia adicional a partir de ahí, deberá cumplir con los requisitos de apuesta de los casinos.
Gry Hazardowe Maszyny Hot Spot
Entre sus famosos títulos, hay una popular aplicación de Facebook para los amantes de los juegos en las redes sociales.
Aquí hemos recopilado los juegos de casino más populares para australianos.

Cartones de bingo baraja española.

Graj W Bingo W Internecie
El gobierno de su estado tendrá toda esa información para usted, especialmente cuando se trata de las edades legales de juego en su área.
Automat Do Gier Aztec Gold Megaways Gra Za Darmo Bez Rejestracji
Cada operador que mencionaré tiene una licencia ADM, el sello de seguridad más alto proporcionado por el Estado canadiense 🇨 🇦.
Darmowe Spiny Rick And Morty Megaways Bez Depozytu

literatura piękna

Kroniki portowe

Quoyle malował. Ale bez względu na to, co jeszcze wyremontują w tym domu, myślał, i tak zachowa on ten surowy, niezmienny wygląd majaczącej, wyłaniającej się zza mgły zjawy. Ciekawe, jak wyglądał na początku, w stanie surowym, kiedy go postawiono na Wyspie Bocianiego Gniazda, albo gdy go ciągnięto po pękającym lodzie? Chodziło mu po głowie, że to przesunięcie domu wyrwało budowlę z okowów rzeczywistości i przeniosło drewno w domenę jakiejś zapoznanej geometrii.

Quoyle pochodzi ze starej (i nielubianej, och jak bardzo nielubianej!) nowozelandzkiej rodziny, ale wychowuje się w USA, u boku niesympatycznego brata i nieprzyjemnych rodziców. Nieco przez przypadek zostaje dziennikarzem. Nienajlepszym. Potem mężem. Nudnawym, ale wiernym. Następnie ojcem dwóch dziewczynek. Kochającym, ale nieporadnym. Chwilę później jest już wdowcem, a ponieważ nieszczęścia lubią chodzić parami — sierotą. Tłumaczy córkom, Bunny i Sunshine, że ich mama i dziadkowie zasnęli i już się nie obudzą, co będzie miało niebagatelny wpływ na ich rozwój (ale o tym milczę, wymownie). Jedyną właściwie krewną pozostałą przy życiu jest nieco ekscentryczna ciotka, właścicielka starej suki (Warren) i warsztatu tapicerskiego, który zamyka na cztery spusty, by razem z bratankiem i jego córeczkami przenieść się na rodzinną Nową Fundlandię. Tam, gdzie spieszą się zegary przywiezione z równika. Trafiają do starego rodzinnego, zielonego domu, który od dziesiątek lat stoi pusty, wcześniej zaś na kablach przeniesiono go przez lód z pobliskiej wyspy. Rozpoczynają remont. Zaczynają od domu, ale po drodze odnawiają też siebie, swoje relacje, marzenia.

Jeśli życie jest łukiem światła, który zaczyna się i kończy w ciemności, to pierwsza część tego łuku świeciła mdłym blaskiem. Dopiero tutaj znalazł soczewkę, która pogłębiła i wzmocniła wszystko, na co patrzył. Myślał o swoim głupkowatym życiu w Mockingburgu, gdzie godził się na wszystko, co go spotykało. Nic dziwnego, że miłość przebiła mu serce i płuca, wywołując wewnętrzny krwotok.

Quoyle dostaje pracę w lokalnej gazecie o urokliwej nazwie „Ględźba codzienna”, ciotka zbija kokosy na tapicerowaniu jachtowych wnętrz, dziewczynki uczą się żyć w nowym środowisku i przyzwyczajają do „śpiewów”  i trzasków zielonego domu. Wszyscy znajdują swoje miejsce w życzliwej społeczności, ale pewien upiorny starzec, nieodrodny potomek „starych Quoylów” ma wobec nich niezbyt życzliwe plany…

***

Uroczy, nietypowi w swej typowości bohaterowie. Ludzcy, niejednoznaczni, targani sprzecznościami, prości lub skomplikowani, ale niemal zawsze z dystansem do siebie, czego nauczyło ich życie w tym dziwacznym, zapomnianym wręcz przez Boga miejscu.  Spotyka ich całe zło tego świata, a natura ścina z nóg po to, by zaraz ich postawić na nie postawić. Wszystko jest tu tak naturalne, jak zmieniające się pory roku, które wymuszają zmiany trybu dni i pracy, czasem nawet relacji międzyludzkich. Wszystko ma znaczeni — imiona, nazwy, pozornie błahe informacje o przeszłości. Proulx nie rzuca słów na wiatr, wszystko trzeba złapać w siatkę na motyle i wykorzystać. W odpowiednim miejscu i czasie.

Nie mogę wyjść z podziwu, bo nie znam chyba żadnego innego autora, który tak sugestywnie i z poczuciem humoru potrafiłby opisać wkraczające na fabularną scenę postaci. Oto tylko jeden z wielu zachwycających fragmentów (dotyczy redaktora naczelnego „Ględźby” w przeszłości doświadczonego… trądzikiem):

Diabeł od dawna upodobał sobie Terta Carda, napełnił go jak rurkę z kremem niepokojem i rozdrażnieniem. Drugie imię Carda zaczynało się na „X”. Twarz jak wiejski serek przeorany widelcem.

Przyroda to w „Kronikach portowych” jeden z bohaterów — ta historia, czy raczej te historie, nie mogłyby wydarzyć się nigdzie indziej niż na Nowej Fundlandii. Deszcz zmywa farbę, wypłukuje i tak już wyboiste drogi, śnieg odcina od świata i tworzy księżycowe krajobrazy, góry lodowe zatapiają łodzie i okręty, morze zabiera ojców i synów, oddając ich ciała po miesiącach lub latach. 

Narrator jest równie nietypowy, jak historia i bohaterowie. Zbliża się do perspektywy kolejnych bohaterów. Wie dużo, czasem za dużo, ale jako że jest to zabieg zamierzony (i dobrze przetłumaczony przez Jędrzeja Polaka), w tej książce sprawdza się znakomicie. „Kroniki portowe” zachwycają także formą — cytatami miedzy innymi z „Księgi węzłów” na początku każdego rozdziału, które naprawdę mają odbicie w treści oraz typograficznymi elementami wydania — pięknymi węzłami dzielącymi podrozdziały, minimalistyczną okładką, nawet elegancją czcionki!

Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, miałam ochotę wrócić do pierwszej, zatopić się (sic!) w tym języku, w tym poczuciu humoru, wreszcie w tym nastroju oczekiwania, napięcia przed burzą. Miałam też ochotę na zmianę kierunku wykształcenia — chcę być, jak jedna z bohaterek, Dawn, farologiem i znać się na „wysokościach nad poziomem morza, wyrażonej w kandelach światłości, (…) o błyskach, mruganiu i bojach”! Cóż to musi być za radość — zatopić zęby w kałamarburgerze! Mam ochotę tam być nawet, jeśli znikają tam zielone domy, nawet jeśli zimno przejmuje do szpiku kości przez większą cześć roku i nawet kiedy czasem „galaretowata zgroza wylewa się na przystań”. Mam ochotę zamieszkać pod ultramarynowym niebem północy Kanady.

A Ty?

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla miłośników powieści przegadanych (w dobrym znaczeniu tego słowa), niekoniecznie realistycznych, a raczej ujmujących fabułę w przejaskrawionych ramach krzywego zwierciadła.

Kto powinien unikać: czytelnicy, którzy nie lubią morza, klimatów (i terminów) nautycznych.

[A tutaj nieco nastroju: NASTRÓJ]

NIE NAPISZĘ O TYM, ŻE… (Oh, wait!)

… pierwsze wydanie „Kronik portowych” w tłumaczeniu Pawła Kruka ukazało się w połowie lat 90, potem kilka razy wznawiane, …

… ale koniecznie sięgajcie po to nowe, odświeżone i odgrzebane z piachu 😉

… przy całego mego uwielbienia dla tłumaczenia Polaka, chyba od czasu do czasu pojawiły się jakieś czasy teraźniejsze wśród przeszłych i czasem coś jednak zgrzytnęło (ukłony zaś za „Ględźbę”!) 😉

 

Annie Proulx

Tłumacznie: Jędrzej Polak

Wydawnictwo Poznańskie

Liczba stron: 423

Ocena: 6/6

 

6 komentarzy

  • Ewa

    Ja dopiero zaczęłam czytanie, albo ponowiłam (bo daaawno temu czytałam) i też mnie trochę drażni, że znienacka i bez sensu pojawia się czas teraźniejszy. Redaktor jakiś nieuważny…?

  • Marcin

    Jeżeli klimat się podoba to od razu podsuwam coś podobnego: Elizabeth Hay – “Late nights on air” (pol. “Późną nocą na antenie”). Akcja osadzona w jeszcze ciekawszym miejscu Kanady, w Yellowknife, w latach 70-tych. Dla jednych straszna nuda (brak wartkiej akcji, mało wyraźna fabuła) dla drugich (w tym dla mnie, oczywiście) magiczny klimat północnej Kanady i nocnego słuchania radia. Mnie się bardzo podobała i zawsze, nieodłącznie, te dwie powieści kojarzą mi się nawzajem.

    P.S. Ani słowem nie wspomniano w recenzji o luźnej ekranizacji z Kevinem Spacey oraz Julianne Moore z 2001 roku. Jest trochę odmienna od książki, więc obie rzeczy warto przyswoić.

    • kotnakrecacz

      Rewelacja, dziękuję! Za Twoją namową już kupiłam w antykwariacie internetowym (okropna okładka…) — mnie opis kojarzy się z „Przystankiem Alaska”.
      Owszem, nie wspomniałam o filmie, z dwóch powodów — po pierwsze ostatnio nie po drodze mi z Kevinem Spaceym (wiadomo dlaczego), a po drugie, nie bardzo podobał mi się ten film —uczepili się niektórych pomniejszych książkowych wątków, a te ważniejsze zmienili. Ot i tyle 🙂

      • Marcin

        Proszę bardzo, cieszę się. Faktycznie, ta późniejsza okładka to jakaś tragikomedia. Ja mam akurat ładniejszą, wydanie kanadyjskie. Taka zielonkawa i mglista.

        I owszem, “Przystanek Alaska” jest równie dobrym skojarzeniem. Jeden z moich ulubionych seriali, a radiowiec Chris Stevens to zawsze sympatyczna postać 🙂 Do dzisiaj wracam do Cicely (AK) regularnie!

        Odnośnie pana Spacey to kwestia oczywista, ale już-kiedyś-tam-obejrzane filmy gdzieś zostały. Nowych – których raczej dużo, o ile w ogóle, już nie będzie – nie mam ochoty śledzić. Podobna sytuacja zresztą z Melem Gibsonem.

        Natomiast tutaj wkraczamy na odwieczną dyskusję, czy mamy odseparowywać dzieła od osoby ich twórcy? Co wtedy z obrazami Dalego? Albo Picasso? James Brown czy Miles Davis to byli powszechnie znani mizogyni (mówiąc delikatnie) czy wręcz zwykłe dupki. Ale ich twory żyją od dekad i szybko nie przeminą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *