varia okołoliteracka

Jak nie zwariować w czasach zarazy #2 – czasopisma

Jednym z naprawdę niewielu pozytywnych skutków obecnego stanu epidemiologicznego jest fakt, że nieco lepiej idzie mi reanimowanie bloga. Tak jak zapowiadałam w artykule dotyczącym lokalnego zdybywania książek (KLIK) nałożyłam na siebie misję szukania sposobów na to, jak można ogarnąć życie, kiedy nie można wychodzić z domu, choćby do pracy.

I tak oto wpadłam na kolejny sposób, który (na razie) pozwala mi uniknąć szaleństwa. To powrót do wszystkich ulubionych czasopism, które kupiłam, a których nie zdążyłam przeczytać, kiedy światem rządziła rzeczywistość, a nie tak jak teraz – zaraza. Dopiero teraz mam czas odkurzyć półki z kolekcjonowaną od miesięcy prasą i zająć się nadrabianiem zaległości w poznawaniu świata poprzez literaturę w wersji mikro, niemal kapsułkowej. Dopiero teraz mogę skupić się na krótszych formach – pomiędzy domowymi obowiązkami, zakupami i zdalną pracą. I czuję, że o życiu wiem więcej, bo i zapoznaję się z nim w bardziej różnorodnych formach, a jednocześnie przy minimalnych nakładach energii 🙂

Przed Państwem 4 moje ulubione tytuły (kolejność przypadkowa): „Znak”, „Pismo”, „Książki” oraz „New Yorker”.

ZNAK

Miesięcznik „Znak” to od dłuższego czasu mój przewodnik po kulturze, sztuce i historii. Uwielbiam jego elegancji papier i delikatny zapach farby drukarskiej. Uwielbiam to, że tematy miesiąca (w najnowszym numerze tematem przewodnim jest analiza twórczości Olgi Tokarczuk) pokazują wybrane zagadnienia w maksymalnie różnorodnych barwach i formach. Cieszą felietony, recenzje, analizy krytyczne, a nawet wywiady, za którymi zazwyczaj nie przepadam. 

PISMO

Podobnie jak „Znak”, „Pismo” każde swe wydanie w dużej mierze poświęca jednemu tematowi, ujmowanemu zawsze luźno, ale i wielostronnie i w różnorodnych formach literackich (i graficznych). Cenię je za profesjonalizm autorów i redakcji, elegancką i bardzo trafiającą w mój gust szatę graficzną i… hmmm… jakąś taką wrażliwość, najwyraźniej podobną do mojej. Z dziką radością zawsze rzucam się na felietony Marcina Wichy i na fotoreportaże, cenię eseje, choć zdarzyło mi się już z ich autorami polemizować (KLIK). Ach, byłabym zapomniała – w „Piśmie” nie ma reklam!

NEW YORKER

Jedne obcojęzyczne czasopismo w tym zestawieniu, na którym (czego twórcy nie kryją) wzorowali się pomysłodawcy „Pisma”. Zamawiam go tyko wtedy, gdy okresowo wydawca „New Yorkera”, organizuje promocje na wysyłkę tygodnika na cały świat w cenie kilkakrotnie tańszej niż okładkowa. Już nie raz udało mi się załapać na 3 miesiące pełne „New Yorkerów” za 18 dolarów 🙂 Jeśli mam chandrę i tęsknię za Nowym Jorkiem, otwieram ten tygodnik i czytam o kulturalnych propozycjach dla miasta, które nigdy nie śpi i wyobrażam sobie, że mogę tam być. Zwykle jednak sięgam po felietony i opowiadania, bo to tu właśnie publikują tacy literaccy celebryci, jak Haruki Murakami, Zadie Smith, czy Orhan Pamuk. Nie można oczywiście zapomnieć o sławnych komiksach 🙂

KSIĄŻKI

I kolejny dowód na to, że krótki tytuł to najlepszy tytuł 🙂 „Książki” ukazują się co dwa–trzy miesiące i zawodowo pozwalają mi utrzymać się w przekonaniu, że śledzę aktualne trendy literackie i czytelnicze. Bardzo lubię recenzje niektórych redaktorów, uwielbiam dział „W tym numerze nie napiszemy o…”, a i rozmówcy w publikowanych wywiadach niejednokrotnie zachęcają mnie do sięgnięcia po książki, których normalnie raczej nie brałabym pod uwagę. Ze wszystkich czterech wymienionych tytułów „Książki” są najmniej eleganckie (sporo reklam, dużo kolorów) i też najbardziej wyspecjalizowane. 

A Wy? Po jakie czasopisma sięgacie najchętniej i dlaczego tak rzadko? 😉

 

3 komentarze

  • piotr (zacofany.w.lekturze)

    Magazyn Książki to idealny sposób, żeby zaoszczędzić nawet parę stów miesięcznie, a równocześnie mieć dokładną wiedzę o fabule wszystkich nowości wydawniczych. Tak wyspecjalizowanych streszczeń nie ma nawet w broszurkach z brykami 🙂 Za jedne 9,90 nie trzeba już kupować połowy opisywanych książek. Czysty zysk!

    • kotnakrecacz

      Hihihi, bywa i tak 😉 Ten artykuł o „Pamięci pamięci“ jest bardziej „elokwentny“ niż książka 😀 I to w sumie nie była zaleta 😉

      • piotr (zacofany.w.lekturze)

        Nie bywa, tylko raczej jest normą. Tłumaczyliśmy książkę ponad pół roku, ukazała się “recenzja”, tłusta, ze 4 bite strony. Pan autor starannie wybrał z książki wszystkie anegdoty, ciekawostki i smaczniejsze kąski, a całość podsumował pół akapitem. Kto po czymś takim wyda osiem dych na kupno książki? U mnie są skreśleni od dawna, mnie na studiach uczyli, że recenzja sprawozdawcza to nie recenzja 😛