„Na zawsze w lodzie”

Na polskim rynku wydawniczym pojawiła się kolejna, klasyczna już, pozycja z gatunku literatury polarnej  – „Na zawsze w lodzie” Owena Beattiego i Johna Geigera. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w Kanadzie 35 lat temu, teraz uzupełniono je o przemowę Margaret Atwood oraz posłowie dotyczące odnalezienia u wybrzeży północnej Kanady wraków Erebusa i Terroru – statków, które w 1845 roku opuściły bezpieczne brytyjskie porty, by pod dowództwem arktycznej legendy – Johna Franklina – poszukać Przejścia Północno-Zachodniego. Odkrycie drogi morskiej (z Europy do Azji) prowadzącej przez otwarte wody Oceanu Arktycznego miało zrewolucjonizować europejski (a w zasadzie brytyjski) handel. Na jego zdobywcę czekała wieczna sława i wdzięczność władcy Anglii, a także poważanie i bogactwa. Dla podstarzałego byłego gubernatora Tasmanii i wilka morskiego, Johna Franklina, była to ostatnia szansa. Ślad po wyprawie jednak zaginął na długie lata. Dzięki staraniom (i finansom) Admiralicji, brytyjskiego władcy, a taże Lady Jane Franklin, żony odkrywcy, tropem Erebusa i Terroru wyruszyło kilkanaście innych ekip. Niewielu z nich udało się dotrzeć do jakichkolwiek śladów po członkach załogi Franklina, a nawet jeśli tak było (przykładem niech będzie raport Johna Raego poświadczający przypadki kanibalizmu), brytyjska (i światowa!) opinia publiczna, nie była gotowa na prawdę. Co było przyczyną śmierci członków wyprawy? Błędy ludzkie? Głód? Choroby? A jeśli tak, to jakie? Ołowica? Szkorbut? Inne?

CYTATY

Od czasu zniknięcia Franklina każde pokolenie tworzyło sobie jego obraz stosownie do własnych potrzeb. Jeszcze nim rozpoczęła się jego ekspedycja, był ktoś, kogo moglibyśmy nazwać „rzeczywistym” Franklinem, a może nawet Proto-Franklinem – człowiek, który w oczach współczesnych nie uchodził być może za twardziela, ale był solidnym i doświadczonym dowódcą (…). Po nim był „Franklin tymczasowy”, który narodził się, gdy pierwszy Franklinnie powrócił do ojczyzny, a jego rodacy zdali sobie sprawę, że musiało się zdarzyć coś strasznego. Ten Franklin nie był ani żywy ani martwy, a realność obu tych możliwości nie dawała spokoju brytyjskiej opinii publicznej. (…) Kolejny Franklin to „Franklin w zaświatach”, który wyłonił się z powszechnej świadomości, gdy było już jasna, że rzeczywisty Franklin i jego ludzie nie żyją. Nie tylko nie żyją, ale zginęli; nie tylko zginęli, ale zginęli straszną śmiercią. (M. Atwood)

Romantyczna aura podboju Arktyki z czasów Franklina i reakcja emocjonalna, którą wywołuje ta epoka, przetrwały wieki, Nie przetrwało natomiast przekonanie, że wielcy ludzie umierają tylko z wielkich przyczyn. Gdyż mimo wrogiego klimatu i geografii tego regionu przyczyna tragicznego końca ekspedycji sir Johna Franklina leżała nie po stronie przyrody, lecz człowieka.

ZALETY

♥ Zupełnie nowa perspektywa – mniej tu prób rekonstrukcji wydarzeń z czasu samej wyprawy, a zdecydowanie więcej opisów przebiegu wypraw ratunkowych i badawczych, ze szczególnym uwzględnieniem badań prowadzonych przez Owena Beattiego w pierwszej połowie lat 80. XX wieku.

♥ Przedmowa Margaret Atwood – dodaje książce literackości, powiewu świeżości i swego rodzaju indywidualnej czytelniczej wrażliwości (jako przeciwwagi dla podejścia naukowego).

♥ Odwołania do dzieł literackich, jakie powstały na cześć Franklina (choć nieco brakuje mi wspomnienia o „Frozen Deep” Dickensa i Collinsa). Oprócz tłumaczeń, w przypisach podano też oryginalne fragmenty dla lepszego obrazu sytuacji.

♥ Ogromna badawcza, ale i zwyczajna, ludzka wrażliwość autorów i badaczy. Wyważone wnioski z badań (koniec końców najpewniej błędne, ale w latach 80., kiedy prowadzili badania, nie mogli mieć takiej świadomości), rozsądne opinie, łagodny obiektywizm – oto cechy stylu, w jakim napisano „Na zawsze w lodzie”. Podobnymi cechami można opisać metody badawcze ekipy Beatiego. Przed ekshumacją zwłok na przykład próbowano odszukać potomków uczestników wyprawy Franklina, otrzymano specjalne zgody i postarano się o godne potraktowanie zwłok marynarzy.

♥ Och, i fotografie! Nieczęsto człowiek ma okazję, by przyjrzeć się zakonserwowanym przez arktyczne mrozy mumiom ludzi, którzy po niemal półtora wieku po swej śmieci, wyglądają, jakby zasnęli snem wiecznym ledwie dwa dni wcześniej.

♥ Bardzo przydatne dodatki. Spis członków załogi Erebusa i Terroru oraz lista najważniejszych XIX wypraw ratunkowych i poszukiwawczych.

NIEDOCIĄGNIĘCIA

∇ W książce pojawia się informacja o zdobyciu bieguna północnego przez Roberta Peary’ego w 1909 roku, podczas gdy od lat wiadomo, że to nie Amerykanin dokonał tego wyczynu. W pierwszym wydaniu „Na zawsze w lodzie” takie zdanie byłoby uprawnione, ale w obecnym świadczy o redakcyjnym (merytorycznym) zaniedbaniu.

∇ Kolejne poważne (bardzo poważne!) niedociągnięcie to brak uzupełnienia książki (choćby w posłowiu) o informacje dotyczące najnowszych badań nad poziomem ołowiu w tkankach kostnych ludzi epoki georgiańskiej, które zmieniają perspektywę w ocenie wniosków, jakie wysunął Beattie i jego współpracownicy. Garść rzetelnych informacji można znaleźć np. TUTAJ.

∇ Nie do końca rozumiem zabieg opisywania badań Beattiego w trzeciej osobie. Skoro jest współautorem książki, czemu nie pisze o swoich badaniach w pierwszej? Lub czemu we wstępie lub posłowiu nie zaznaczono, w jaki sposób przebiegała praca nad książką?

DLA KOGO

ℜ Dla wielbicieli polarnych klimatów.

ℜ Dla entuzjastów badań naukowych (historycznych, medycznych, antropologicznych).

ℜ Dla spełnionych (lub nie) podróżników.

Owen, Beattie, John Geiger

Tłumaczenie: Aleksander Gomola

Liczba stron: 335

Ocena: 4,5/6

One thought on “„Na zawsze w lodzie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *